“These woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep,
And miles to go before I sleep.”¹
― Robert Frost
Franko niczym szczególnym się nie wyróżniał; w każdym razie niczym pozytywnym. Niezbyt krzepki, z prawym uchem nieco mniejszym od lewego i brakiem zalet często był przedmiotem drwin ze strony innych wieśniaków. Ze względu na nieuprzywilejowane pochodzenie i fakt, że nigdy nie nauczył się wielu słów, nie zostawało mu nic innego jak tylko pogodzić się z losem. I tak zrobił.
Co jakiś czas ktoś przystanął i pogłowił się, czy Franko świadomie dopasowywał się do roli wioskowego głupka, czy też zachowanie zakodowane miał w genach, ale pewnym było, że dzięki temu niemal co dzień wymigiwał się od ciężkiej pracy na polu i skupiał swój marny żywot na bezcelowych przechadzkach po pobliskich wzgórzach i nizinach.
Właśnie podczas jednej z takich wycieczek, niczego niepodejrzewający farmer, natknął się na Skarb. Oczywiście, Skarbem nazwał go sobie sam, bo kiedy przyniósł znaleziony przedmiot przed oczy matki, ta zdzieliła go rózgą i obrzuciła wiązanką słów, które spowodowały, że ciarki przebiegły mu po plecach. Lecz kiedy stara spojrzała na swoje odbicie w przybrudzonej tafli złotego lustra, jakaś dziwna siła kazała jej zatrzymać obiekt.
Tym sposobem jeszcze tego wieczora zawisło ono w ich niewielkiej chatce. Tej nocy obyło się bez marudzenia przy kolacji złożonej z dwóch pieczonych szczurów na trzy osoby, a ojciec, mimo znużenia, nie palił się do rozpoczęcia kłótni.
Dopiero kiedy księżyc wzeszedł, zaczęły się kłopoty. Najpierw nie było to nic specjalnego. Tylko Franko obudził się gwałtownie z niewiadomego powodu. Podniósł się z ziemi do pozycji siedzącej i przetarł oczy, które wydawały się go szczypać. Po chwili samotna myśl wypłynęła na powierzchnię jego mętnego umysłu i podpowiedziała mu, by odpowiedzi szukać w oknie. I owszem, wieśniak zobaczył tarczę księżyca w pełni, ale wąska wiązka światła nie padała na niego od tejże strony, a dochodziła jakby z boku. Zmarszczył czarne, krzaczaste brwi i spuścił wzrok na swoją dłoń, która spoczywała na miejscu, gdzie jeszcze przed minutą znajdowała się głowa. Mruknął coś do siebie, po czym powędrował spojrzeniem za jasną wstęgą — domniemanym powodem przebudzenia.
Lustro.
Kiedy jego źrenice natrafiły na nową (i jedyną) ozdobę chaty, zdążył jedynie mrugnąć kilkakrotnie… by nie uczynić tego gestu już nigdy więcej. Jego oczy rozwarły się do górnej granicy ich wytrzymałości, a gdy ją przekroczyły, pękły niby ściśnięte pięścią największego osiłka z rycerzy dworu królewskiego. Krew wymieszana z płynami ustrojowymi wystrzeliła z gałek ocznych pachołka, a jej część poczęła spływać po jego licu, tworząc ciemne, upiorne ścieżki przypominające ślady łez. Nim jednak pierwsze krople zetknęły się z ziemią, ciało Franka zaczęło miotać się w dziwnych spazmach, a on sam wycharczał nieludzkim głosem:
— Espe-Esperrtoyh.
Niczym marynarz wiedziony syrenim śpiewem, w transie, podszedł do lustra i przyłożył dłoń do jego tafli. Zamiast jednak pozostać na powierzchni, ręka przeszła przez zniekształcony obraz twarzy i zatopiła się w przedziwnej konsystencji do łokcia. Wyłoniwszy się, pięść nie była pusta, a trzymała krótki sztylet, połyskujący upiornie w świetle księżyca. Ciało Franka, nad którym dusza nie miała już kontroli, mechanicznie odwróciło się w stronę śpiących rodziców.
Szalony uśmiech wygiął wargi biednego wieśniaka. Uniósł on broń i nie wypuszczając cennego skarbu z uścisku lewej dłoni, dokonał dzieła.
Pierwsze krzyki kobiet z wioski wypełniły ciszę kilkanaście minut później. Nie miało jednak to znaczenia, bo nikt nigdy nie znajdzie „kata”, a zbrodnia pozostanie bez kary. Ale kto domyśliłby się, że morderca skieruje się na dno jeziora, z pomocą sił niewytłumaczalnych wykopie jaskinię i już jako posąg spocznie tam, będąc pierwszym na ziemi strażnikiem Sekretu?
500 lat później...
Była łodzią. Dryfowała po morzu, które uspokajało się po monstrualnym sztormie. Unosiła się wraz z falami w pełnym arytmii tańcu, wszak wody nie powróciły jeszcze do swego właściwego stanu i, jakby oczekujące ponownego ataku obłędnej burzy, pozostawały w defensywie, to wzburzając się, to znów opadając w namiętnych podrygach.
Kakofonia dźwięków była nie do zniesienia. Odbijała się echem od wysokich klifów strzegących bram lądu niczym piekielni wartownicy i trafiała do niej ponownie, doprowadzając ją do szaleństwa. Umysł podpowiadał jej, że odgłos prawdziwego morza raduje duszę, a nie dręczy jak szum uszny. Nie miała jednak czasu by zastanowić się nad tym dłużej, bo kolejna fala zalała pokład łodzi, którą była.
Atakowały ją nowe doznania, których nie umiała nazwać. Czuła się tak, jakby ktoś wyjął jej zmysły z odpowiednich szufladek i pomieszał je. Woda, wnikając głęboko w deski jej pokładu, zdawała się pachnieć lasem, smakować gorzko i nucić. Przede wszystkim nucić.
Chodź, porwać się daj, aj, moja miła!
Jesteś tylko łodzią, która zbłądziła na morzu,
Zbłądziła na morzu, zbyt długo z dala od domu
Samotny albatros nad tobą zapłacze,
Gdy spotka cię k a r a
Zbłądzona duszo, taka jest cena za bycie wolną
Czyj to głos? Ach, jak to? Głos wydawać mogą tylko istoty żywe! Wiedziała — c z u ł a — całą sobą, że nikogo innego nie było na morzu. I to ją przerażało. Otaczał ją całun ciemności, byt-nie-byt utkany z samotności, wyciągający fale niczym dłonie by pożreć ją, wciągnąć w czeluść nieistnienia.
Walczyła o oddech — „Jak mogę dusić się, nie będąc istotą żywą?” — a fale raz po raz zalewały jej i tak już konający pokład. „Czy to jest sen?” — myślała, a myślenie było oznaką świadomości. Dodało jej to energii i obudziło instynkt przetrwania. Może jednak ż y ł a.
Drapała, była jak w delirium, próbowała przedostać się w górę, zaczerpnąć powietrza. Nie nic innego nie zostało, tylko jej własna walka.
Gdy już miał nadejść koniec
Zbłądzona duszo, taka jest cena za bycie wolną
jej palce natknęły się na zimną powierzchnię.
Nie ma dla ciebie miejsca na tym świecie,
to nie tu jest twoje miejsce
Z desperacją zacisnęła je, nie bacząc na to, z czym miała styczność. Trzymała coś twardego i skostniałego, a po chwili poczuła, jak to, co było zbawieniem, zaczęło ją oplatać. Mocniej i mocniej, aż z bólu otworzyła oczy.
Przez ułamek sekundy dane jej było ujrzeć stworzenie rodem z najgorszych koszmarów, które wspominać będzie z jednakowym strachem, co fascynacją. Przed sobą miała ziejące pustką oczodoły, w których wnętrzu zdawały się płonąć błędne ogniki. Palce do białości kłykci zaciśnięte miała na jelenich rogach, jednakże rogi te nie wyrastały z kości czołowej króla lasu, a z czaszki wilka o niebezpiecznie lśniących kłach, służącej jako maska dla makabrycznego widoku, który musiał się kryć za nią.
Jęknęła, bo poroże zmieniło się w wijące się w obłąkaniu węże. Sięgnęła do maski z zamiarem zdarcia jej i odruchowo odwróciła wzrok, bojąc się tego, co czekało pod nią. Chłód przeszył ją na wskroś, ale ciała gadów poluźniły swe objęcia i zaczęła spadać.
✵
Znów dryfowała, tym razem jednak na granicy jawy i snu. Zanim na dobre powróciła do świata rzeczywistego, słyszała jeszcze dziwnie znajomy głos powtarzający „Znajdź mnie, moja miła! U w o l n i j”.
W końcu się obudziła, ale nie przyniosło to oczekiwanej ulgi – wymęczona psychika oddała miejsce bolączkom fizycznym. Zaczęła kaszleć, a kiedy podniosła dłoń do ust, poczuła jak kilka kropel spływa po jej policzkach i rozpryskuje się na palcach. Zacisnęła mocniej nieotwarte jeszcze powieki, czując nieprzyjemne pieczenie w kącikach oczu, broniąc się przed tym, co mogło ją czekać , gdyby je otworzyła. Do tego drapanie w gardle nie ustawało. W spazmach odwróciła się na plecy i przy tym uderzyła głową w coś twardego.
Zmusiła się do rozejrzenia dookoła, wyczuwając, że coś jest nie tak.
Wciąż kaszlała, ale wydawało się jej powoli przechodzić. Jeszcze zanim jej wzrok złapał ostrość, doszła do wniosku, że otoczenie było dla niej obce. Roztaczał się przed nią leśny krajobraz. Oblizała spierzchnięte wargi, rozpoznając na nich smak soli. Nie pamiętała… Nie, to niemożliwe. Nie straciła pamięci. Nie, nie, nie.
Zmusiła się do wysiłku umysłowego, a wtedy wspomnienia koszmaru sennego powróciły. Morze, zapach lasu, dziwne stworzenie… Spojrzała na ziemię i dostrzegła, że leży pośród konarów jakiegoś drzewa, ściskając kurczowo jego jeden korzeń. „Mamy i moje rogi”. Przełknęła ślinę, bo chociaż niektóre elementy jej snu — oczywiście, że był to sen, bo co innego? — odpowiadały jej obecnej sytuacji, nie wyjaśniały, skąd się tu wzięła.
Przeszedł ją dreszcz zaniepokojenia. „Co się do cholery dzieje?” — pomyślała. Wzięła kilka głębokich oddechów, starając się uspokoić szalone bicie serca. „Na pewno zaraz sobie przypomnę”.
Uniosła głowę, lustrując z umiarkowanym zainteresowaniem korony drzew. Być może wspinała się ku szczytowi jednego z nich i spadła, tracąc na jakiś czas przytomność?
Sprawdziła kieszenie, jednak znalazła w nich tylko mały kamień, przypominający kształtem oko lub migdał, oraz gumę do żucia. Po krótkich oględzinach wciąż nie mogła nigdzie dostrzec telefonu komórkowego, który — jak jej się zdawało — nosiła zawsze ze sobą. Na wszelki wypadek obeszła teren dookoła drzewa, przy którym się obudziła, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu. Jedyne co… to wydawało jej się, że ktoś ją obserwuje. Wmówiła sobie, że to pewnie zwierzęta leśne interesują się intruzem, jednak mimo prób zracjonalizowania tego uczucia, coś w tym miejscu napawało ją strachem, więc postanowiła wstać i jakoś się stąd wydostać.
Odgarnęła włosy z czoła i poczuła, jak lepią się do jej skóry. Musiała się spocić, być może rzucała się podczas snu? Podciągnęła rękawy szarej, również wilgotnej bluzy, do samych nadgarstków, by następnie objąć się rękoma w pasie. Było jej niedobrze i miała palącą ochotę napić się czegoś, ale irytujące drapanie w gardle oraz pieczenie w okolicach oczu już zleżało.
Sądząc po ilości światła, jakie wpadało z góry poprzez liście drzew i w linii poziomej między konarami, uznała, że był bardziej poranek niż wieczór. Oczywiście, mogła się mylić. Postanowiła jednak zaufać swojemu osądowi — głównie dlatego, że dłuższe rozmyślanie mogło spowodować atak paniki — i udała się w stronę, gdzie w oddali krajobraz rysował się najjaśniej.
Niemyślenie okazało się łatwe, gdyż energię musiała wykorzystywać do brnięcia do przodu. Nie umiała określić, ile czasu już wałęsała się po lesie, ale była głodna, spragniona oraz zmęczona. Dwa razy znajdowała się już na granicy płaczu, a teraz doszło do tego, że pozwoliła łzom swobodnie spływać po policzkach. Nie wydawała przy tym żadnego dźwięku, nie chcąc zwracać na sobie zbyt wielkiej uwagi. Nie wiadomo, jakie drapieżniki czają się w lesie.
Przypomniała sobie, kim była zaraz po tym, jak ruszyła na poszukiwanie wyjścia z lasu. Nazywała się Pandora i miała dziewiętnaście lat. Urodziła się i mieszkała w miejscowości Koniec. Nigdy nie poznała swojego ojca, a wychowywała ją matka, która zawsze wolała jej rodzeństwo — bliźniaków Kosmę i Remulusa. Niedawno skończyła szkołę i została zdradzona przez osobę, której najbardziej ufała. Panicznie bała się wody. Najbardziej na świecie pragnęła odnaleźć swoje powołanie. Utrzymywała starannie uformowaną maskę na zewnątrz, wewnątrz jednak czuła się bezużyteczna i uważała, że jest niepotrzebnym dodatkiem do świata, niechcianą gumą, która przypadkowo znalazła się na bucie Stwórcy. Egzystowała, a jej życie wydawało się być występem na scenie — iluzją raczej aniżeli istnieniem. Nawet teraz to, że nie wie gdzie jest ani nie pamięta jak się tu znalazła, nie wydawało jej się prawdziwe. Mogło to być wynikiem tego dziwnego koszmaru, ale mimo tego, że była pewna, iż nie śni, błąkanie się po lesie z pozbawionymi chlorofilu liśćmi wplątanymi w pasma jej hebanowych włosów, kiedy beznamiętne, pozbawione empatii gałęzie rozrywały jej ubranie i raniły ciało, bardziej przypominały sen niż jawę. Ona, Pandora, niepasująca do świata. Nie na miejscu.
Czasem jednak to uczucie pozwalało jej na rzeczy, które normalnie są poza granicą strefy komfortu czy wykraczają poza ramy społecznej akceptacji. Dlatego teraz, kiedy łzy już wyschły, dziewczyna złożyła w dłonie w pięści i postanowiła skupić się na znalezieniu drogi. „Bo wszystkie drogi prowadzą do ludzi” — podsumowała, chociaż nie wiedzieć czemu ta myśl pozostawiła po sobie gorzki ślad.
Mogła wcześniej się opanować i działać metodycznie, teraz pewnie była głębiej w lesie niż wcześniej. Przeklęła pod nosem, po czym zaczęła szukać czegoś, co nadawałoby się do oznaczania miejsc, które odwiedziła. Krok pierwszy. Skończyło się na wydrapywaniu krzyża na pniu najbliższych drzew, co choć nie było w duchu ekologii, było najbardziej trwałym śladem, jaki była w stanie zrobić.
Następnie, uznała, że skoro i tak zmarnowała już tyle czasu, to może sobie pozwolić na spędzenie kolejnych piętnastu minut na nasłuchiwaniu. Krok drugi. Postanowiła, że pójdzie kilkanaście metrów w każdą z czterech stron świata od drzewa, którego korę zbezcześciła. Poruszała się teraz jak najciszej mogła, aby się upewnić, iż ewentualne huczenie silnika zostanie zarejestrowane przez jej uszy. Marne były na to szanse, ale miała nadzieję. W końcu problem miała ze wzrokiem, nie ze słuchem.
Niestety północ, wschód i południe nie przyniosły żadnych rezultatów. W lesie było zadziwiająco cicho, tak cicho, że słyszała swój oddech i… niewiele poza tym. Wydawało jej się to nie na miejscu, zważywszy na to jak bogata powinna być fauna i flora tego ekosystemu. Znów dreszcz przeszedł po jej ciele i zapragnęła wyrwać się stąd za wszelką cenę.
Wróciła do punktu X i zwróciła twarz ku zachodowi. Nie był to, oczywiście, prawdziwy zachód, a jedynie zachód w odniesieniu do położenia oznaczonego drzewa. Ostrożnie ruszyła do przodu, uważając aby się nie potknąć, bo zrobienie sobie krzywdy w tym miejscu było ostatnim, na co miała ochotę.
Kiedy stawiała stopę pokonawszy jakieś dziesięć metrów, skrzypienie ściółki leśnej przykuło jej uwagę. Był to podobny dźwięk do tego, który wydawały jej buty, kiedy stawiała je na zeschłe liście… jednak nastąpił on chwilę po tym jak to uczyniła i wydawał się rozstrojonym echem aniżeli własną symfonią. Już miała uwierzyć, że rzeczywiście było to odbicie jej kroków, gdy hałas się powtórzył, tym razem jakby bliżej, a ona się przecież nie poruszyła.
Zimny pot wstąpił na jej ciało. Pandora błyskawicznie poczuła jak częstotliwość bicia jej serca wzrasta, a pojawia się mrowienie w nogach. Ugryzła się w język, aby nie jęknąć, po czym zmusiła się do odwrócenia w stronę, z której dźwięk dochodził. Powoli, jakby w zwolnionym tempie, jej oczy zlustrowały otoczenie dopóki nie zauważyły odwróconego jelenia na tle drzew.
Jak na zawołanie postać z jej koszmaru wróciła do niej, a widok króla lasu wprawił ją w przerażenie dużo większe niż poczułaby nawet na widok niedźwiedzia, czy wilka. Zamarła, a uczucie strachu na dobre uwolniło się z klatki i rozpełzło się po jej ciele, powodując gęsią skórkę w każdym miejscu, którego dotknęło swymi lodowatymi maskami. Pandora zdała sobie sprawę, jak łapczywie próbuje złapać powietrze w płuca mimo silnemu odruchowi wymiotnemu. Wiedziała — czuła — że nie było to zwierzę, a coś o duszy przepełnionej złem, coś co postanowiło sobie za cel ją dopaść.
W pewnym momencie, kiedy była już na skraju utraty przytomności, obserwowana przez nią istota uniosła łeb, zapewne z zamiarem odwrócenia się ku Pandorze, której głośny oddech zwrócił jej uwagę. Dziewczynie nigdy nie dane było się przekonać, czy napotkane stworzenie pochodziło z koszmaru, czy przyszło na ten świat jako pospolity jeleń, bo widząc poruszenie ze strony jedynej żywej istoty obecnej w pobliżu, rzuciła się dzikim pędem w przeciwną stronę, nie zważając na hałas jaki powodowała i na to…
Bum!
Prawie nie poczuła zderzenia z ziemią, bo jedyną pulsującą myślą w jej głowie było „Uciekaj!”. Niewiele myśląc, wypluła trawę z ust i podjęła chaotyczne próby podniesienia się na nogi. Miała wrażenie, że z każdą sekundą potwór z jej snu był coraz bliżej, już słyszała jak szeptał jej imię i wyciągał ku niej swe szpony. Jęknęła głośno, kiedy pociągnęła do przodu prawą nogę, a ta okazała się w coś zaplątana. Ból zaczął wibrować z najpewniej skręconej kostki, acz nie był na tyle dojmujący, by ją zatrzymać.
Pandora pośpiesznie pomogła sobie rękoma i jakoś odgarnęła roślinność, która oplotła jej kończynę. Starała się przy tym nie patrzeć za siebie, więc jak tylko oswobodziła stopę, podniosła się i na złamanie karku popędziła przed siebie, tym razem podnosząc kolana wyżej, by znów o coś się nie potknąć.
Pandoro, uwolnij mnie, Pandoro.
„Nie, to się nie dzieje naprawdę…” — pomyślała, mijając kolejne drzewa. Bardzo chciała wierzyć, że to jest sen i nic jej nie będzie, jednakże łzy znów same odnalazły drogę do jej oczu.
Nie uciekaj, uciekaj, uciekaj!
Dobiegły jej słowa wypowiedziane jakby znajomym, choć dawno niesłyszanym głosem, a ich echo sprawiało, że traciła wiarę w to, że to wszystko kiedyś się skończy. Zdawało jej się, iż czuje na swoim ramieniu zaciskające się z makabryczną siłą palce, one jednak zamiast przyciągnąć ją do siebie, pchnęły ją w przód.
I tak — napędzona dziwną siłą — Pandora wypadła na ulicę.
1. “Ten las jest cudny, ciemny i głęboki,
Ale ja mam obietnice, których muszę dotrzymać
I mile do przebycia zanim zasnę,
I mile do przebycia zanim zasnę.”
― Robert Frost
✵✵✵
Mogą nastąpić zmiany w poście przejawiające się poprawą polszczyzny.
Jestem. I, wbrew pozorom, wcale nie zniknęłam. Mogę się tłumaczyć stresem związanym z publikacją wyników, planami uniwersyteckimi i tym podobnymi (i to wszystko byłoby prawdą!), ale głównym powodem, dla którego rozdział publikuję tak późno (miało być tydzień po prologu? Ups) jest to, że nie wiedziałam, co napisać. Mam pomysł na historię, mam zaplanowane zakończenie i w sumie wszystko bardzo ogólnie, acz przy samym procesie pisania dostrzegam, że pewne detale muszę jeszcze wymyślić/przemyśleć (jaka była ta ulubiona potrawa Pandory? I tym podobne). Rozdział miał wyglądać inaczej, jednakże wyszedł mi taki nudny, że musiałam wymyślić coś innego. Obyczajowe aspekty opowiadać najwyraźniej są moją słabą stroną (nie oznacza to oczywiście, że mam jakieś dobre strony, ale...). Czytanie Stephena Kinga w międzyczasie nie pomaga, a raczej wprowadza do historii dziwny nastrój. Może tak miało być. Nie jestem do końca zadowolona z tego, co publikuję, ale zawsze to jest jakiś start i mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.
Przepraszam jeszcze raz, że tak późno to wstawiam. Jeszcze raz, miało być inaczej, ale jest jak jest. Same tajemnice. Powinnam zmienić tytuł na „Nawet nie wiem co prolog ma wspólnego z resztą opowiadania”.
Do Pandory powrócimy w rozdziale trzecim, a w rozdziale drugim spotkamy się z drugim głównym bohaterem. Dopóki się nie spotkają, będę to tak przeplatać.
Mam nadzieję, że nie wyszło tak źle... ale już Wy to oceńcie.
Pozdrawiam, jeżeli jeszcze tu jesteście
Nagmerrie
PS. Dziwna piosenka jest mojego autorstwa, tak jak całe to opowiadanie.
PPS. Przepraszam za niezbyt ułożone formatowanie posta, ale HTML w ogóle mnie nie słucha i już nie mam siły się z nim mocować. Nigdy mi się wcześniej nie zdarzyło, żeby spacje robiły się same w dziwnych miejscach... a jednak. Jak ktoś wie, jak to ogarnąć to piszcie (chodzi mi głównie o powstrzymanie akapitu kiedy się sam robi).