Uciekał.
Z trudem zmuszał tłuste cielsko do poruszania się. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, nie dawały już rady utrzymywać odpowiedniego tempa; chociaż przyzwyczajone były do wielu ucieczek, żadna nie trwała tak długo… i żadna nie była tak ważna.
Zacisnął dziwne, jakby zniekształcone palce na złotym obramowaniu niesionego przez siebie przedmiotu, pomimo tego, że najmniejsze dotknięcie skradzionego artefaktu powodowało przeszywający ból. Języki ognia lizały jego palce, ponieważ nie był jednym z Zaszczyconych. Nie poznał nawet żadnego z nich osobiście, nie znał ich prawdziwego miana, nie wiedział nic o prowadzonej przez nich „działalności”. Jednakże znalazł się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie i jego oczy ujrzały Sekret. Szczęściarz! Ze wszystkich sekretów, jakie istniały, ze wszystkich czynów karalnych, jakie opisane były w Kodeksie, on musiał zetknąć się właśnie z tym — największą tajemnicą, istniejącą od narodzin świata, do której dostępu strzeże najgroźniejsza i zarazem najbardziej odpowiedzialna i zazdrosna sekta, o jakiej słyszały ludy Ziemi oraz Isnevaru Omen.
Wzdrygnął się na samą myśl o nich i mimo wszechogarniającego zmęczenia i otępienia, przyśpieszył. Raz darowali mu życie, ale czym ono teraz było? Wciągnęli go w mroczną Otchłań, gdzie musiał wypełniać zlecenia związane z ukrywaniem artefaktu. Nie pamiętał już, co to spokój, czy wytchnienie. Przepełniała go obawa, że się rozmyślą, bądź on sam popełni błąd i przypłaci to życiem, które teraz wisiało na włosku.
Nienawidził ich, czuł przerażenie, pogardę i przeraźliwy szacunek na sam dźwięk ich nazwy. Ale to miało się już skończyć. Ostatnie zlecenie i pozwolą mu wrócić do domu.
Gówno prawda — pomyślał. Zdechnę tutaj, a nawet gdybym to jakimś cudem przetrwał, to spaliliby mnie żywcem albo zjedli na jednej z tych swoich cholernych uczt.
W sumie dobrze. Mógłby oczywiście już teraz zatrzymać się i dobrowolnie oddać w ręce wrogów, ale nie był tchórzem. Wiedział, co rozwścieczy jego przełożonych. Wiedział, jak dokonać zemsty za lata tułaczki i wyzysku. Doprawdy! Co musiał zrobić jako człowiek, żeby nawet po przeniesieniu do Isnevar Omen nie dane mu było odetchnąć.
Skoro mowa o oddychaniu… Chrapliwie wciągnął powietrze rozwartymi szeroko wargami. Poczuł, że po jego łbie sączy się jakaś ciecz, bez wątpienia gęstsza od wody. Musieli go trafić, ale nawet nie zauważył drobnego ukłucia bólu wśród chaosu, jaki ogarnął go ze wszech stron. Nie był już człowiekiem, acz wydawało mu się, że ma w sobie adrenalinę, która napędza go do dalszego wysiłku. Choć równie dobrze mogły być to nagromadzone przez lata pokłady tinuvielu, energii elektrycznej, jaką stosuje się w tym wymiarze. Wolał jednak wersję bardziej ludzką, by choć u kresu swoich dni poczuć się sobą.
Wiedział jednak, że czasu pozostało niewiele. Ale i podróż — jego misja — zbliżała się ku końcowi. Już był blisko, już jego oczom ukazało się wejście i widział dobrze olbrzymią komnatę o diamentowej posadzce i wysadzanych szlachetnymi kamieniami ścianach, obok których leżały truchła śmiałków, którzy ośmielili się naruszyć święte terytorium. Cała sala miała w sobie coś upiornego, coś, od czego dreszcz przechodził nawet najodważniejszych. Tu był przecież portal.
Płomienny Ołtarz.
— Inikivarus uumfen. Inikivarus nae te. Inikivarus berio ne…
Mimo tego, że słyszał tuż za sobą pieśń wrogów sekty, wpadł w jakiś obłędny trans i miał tylko jeden cel. Zatrzymał się na moment, by przypomnieć sobie pradawne zaklęcie destrukcyjne. To był błąd.
Stworzenie o kształcie przypominającym ciało kobiety rzuciło się zwinnie na trzymającego artefakt Fruuma, zwykłego pachołka w rękach Pieśniarzy i Zakonników. Oboje padli na ziemię, tworząc nieposkromioną plątaninę członków, tylko lekko podobnych do rąk i nóg. Przedmiot o złotych ramach upadł z hukiem, zatrzymując się kilka metrów od walczących. Półdemoniczna kobieta rzuciła się na artefakt, nie zwracając uwagi na ogarniętego szałem Frumma, który szarpnął gwałtownie za jej ramię, próbując oderwać je na dobre mimo znaków runicznych z powrotem ciągnących kończynę do reszty ciała. Chociaż był to trud z góry skazany na porażkę, walczącemu udało się nieznacznie zdeformować jej rękę. Istota syknęła przeraźliwie z bólu, błyskawicznie odwracając się i plując jadem na przeciwnika, który miał kilka sekund, by przyjrzeć się nagiej sylwetce o nieprzeciętnej urodzie, choć „splamionej” rogami, plątaniną kolorów i czegoś w rodzaju tatuaży. Był to pierwszy raz, kiedy ujrzał to stworzenie o długich, jaskrawych rzęsach, kłach bestii oraz szponach drapieżnika. Mimo wszystko poczuł pewien rodzaj zachwytu, akurat wystarczający, by zostać nagrodzonym nagłym atakiem. Opadł na plecy, z trudem łapiąc oddech.
— To nie twoja ssprawa, brudny stworze — mruknęła sykliwie istota jednym z najgłębszych głosów, jakie dane było Frummowi usłyszeć. Wydobywał się on jakby z daleka. Usta oprawczyni nie poruszały się, tylko jej długi, wężowy język badał przestrzeń przy jego twarzy.
Istota przytrzymywała kudłate ramiona ofiary, wbijając swe pazury w miejsca, gdzie stykały się one z grubą skórą.
— Mogłeś przyłączyć się do nas... — urwała, by przesunąć palcem po zakrwawionym torsie — mogłeś wrócić do rodziny, opływać w chwałę i... — Nie dane było jej dokończyć, bo Frumm wyciągnął sztylet, wcześniej schowany w pochwie u pasa, i wbił go w jedyne czułe miejsce Zaszczyconych – trzecie żebro.
Napastniczka z głośnym wrzaskiem odskoczyła w bok, wijąc się w nieznanych sobie dotąd spazmach bólu. Charczała, a z jej rany wydobywał się zielony śluz. Zachodzące mgiełką źrenice wbiła w oprawcę, miała jeszcze nadzieję na uratowanie świata. Ale wiedziała przecież, że misję zakończyła z niepowodzeniem.
Tymczasem Fruum podniósł się z wysiłkiem, starając się nie naruszyć ran. Dobrnął jakoś chwiejnym krokiem do artefaktu, który najpierw, niczym obdarzony tym samym ładunkiem magnetycznym, odsuwał się, a w następnej chwili, po wypowiedzeniu dziwnej formuły, wskoczył mu w łapy. Stwór charknął, wypluwając krew na posadzkę, po czym zbliżył się do ołtarza. Nie miał pojęcia, co dokładnie się stanie, kiedy zniszczy przedmiot o tak wielkiej mocy jak Esperrtoyh, czyli Lustrzany Miecz, ale nic mu już nie zostało. Uniósł artefakt pozbawiony już ochronnej postaci (czyli zwykłego lustra o złotej ramie), by z całym rozmachem cisnąć nim w płomienie otaczające portal, jedyną rzecz równie potężną, co ta niezwykła broń.
W następnej chwili wszystko rozniósł wybuch o kolosalnej sile grzebiąc zastępy Zakonników, biegnących na ratunek Pieśniarzy oraz całą wulkaniczną górę, która przez lata w podziemiach chroniła Płomienny Ołtarz.
✵✵✵
Prolog, nie licząc drobnych poprawek dodawanych z biegiem czasu, został napisany przeze mnie milion lat temu. Zawsze podobała mi się ta historia i gdyby nie to, że jak ją wymyśliłam to pisałam już inną, na pewno bym jej nie zostawiła. Jednakże, nie chcąc porzucać jednego projektu, w sumie wyszło tak, iż porzuciłam oba. Dopiero teraz, po trzech latach, znalazłam czas i motywację, aby do tego powrócić. Co prawda, brakuje mi wprawy i dużo pomysłów podąży innym szlakiem... ponieważ nie pamiętam, co oryginalnie dla nich planowałam. Zobaczymy jak to wyjdzie.
Obiecuję dodać nieco wyjaśnień do świeżo stworzonej podstrony „Pośród Mar”. Następne rozdziały będą rozgrywały się w mieście Koniec, które pod wieloma względami będzie przypominało nasz zwyczajny świat, więc nie będzie już tylu niewiadomych, czy nowych nazw jak w Prologu.
Cóż, jeżeli ktoś to czyta to wiecie już, że nie jest to pierwszy raz kiedy coś piszę. Nie sądzę, że ktokolwiek mnie zna, więc na potrzeby tego bloga nazwę się po prostu Nagmerrie. Chciałabym żeby to wypaliło, proszę więc o szczerą krytykę, wszelkie sugestie i jakiś feedback odnoście tego, co piszę. Chętnie też odwiedzę inne blogi z opowiadaniami (czy też raczej opowieściami/książkami... mam wrażenie, że termin „opowiadanie” nie jest odpowiedni przy tej formie literackiej, ale za moich czasów tak to nazywaliśmy).
Muszę trochę zorganizować tego bloga... na przykład szablon ktoś mi stworzył z blog LayStreet, który obecnie nie funkcjonuje, więc wypadałoby przygarnąć jakiś ze źródłami. Jak znacie jakieś fajne szabloniarnie to chętnie bym się z nimi bliżej poznała.
Ale już dość. Zawsze rozpisuję się pod rozdziałami, a nawet nie napiszę połowy tego, co chcę. Z resztą nie wiem nawet czy będzie komu to czytać. Publikowanie online jest jednak zabawne.
Pozdrawiam i do napisania,
Nagmerrie